Można pod moim okiem
Testy dla szczeniąt
Przedszkole dla szczeniąt
Posłuszeństwo
Flayball
Agility
Ratownictwo
Moje psy w szkoleniu
Historia Zi
Historia Banky´ego
Historia Dzidzi
Historia Bsy
Domowy hotelik u Kasi Darowskiej
Kontakt
Kolejnie zaplanowane mioty.

 

 

Z powodu zawieszenia działalności hodowli, w najblizszym czasie nie planuję żadych miotów.

Moje psy w szkoleniu - historia Dzidzi

Z moją ukochaną Bsą trafiłam do wrocławskiej grupy pokazowej Związku Kynologicznego w Polsce, i tam właśnie poznałam Magdę Pawłowicz, właścicielkę Janetty, przyszłej mamy mojej "Belgijki". Janetta natychmiast zwróciła moją uwagę swoim nieustannym wpatrywaniem się we właścicielkę, chęcią współpracy i dobrym wychowaniem, sprytem i lekką budową, co zainteresowało mnie rasą pod kontem szkolenia sportowego. Ponieważ Janetta właśnie spodziewała się szczeniąt, a moja niepohamowana chęć pracy z psem i zabawy sportowej nie miała ujścia, padła decyzja: Owczarek belgijski tervueren.
Kto z nas nie wzruszyłby się na widok dziesięciu płowo-rudych psiaczków o szpiczastych czarnych pyszczkach i oczach błagających o chwilę pieszczot - ja "niestety" :-) uległam. Wybór "jednego z dziesięciu" nie był łatwy, ale kiedy zdecydowałam się na suczkę pozostało tylko pięć do wyboru, potem cechy charakteru - tylko dwie, no i kwestia ceny - została wybrana jedna: Camorra - szczerze mówiąc sama nie wiem, kto kogo wybrał. Nie był to wybitny eksterierowo szczeniak, ale zdecydowanie charakterny, czego mogłam doświadczyć natychmiast po przewiezieniu do domu siedmiotygodniowego psiaczka. Mimo tego, że znała mnie już dobrze, ponieważ spędziłam z nią u hodowcy kilka dni, Dzidzia, jak dalej będę nazywać Camorrę, była nie do zniesienia. Ogólnie niezadowolona, nie akceptowała niczego co było w jej nowym otoczeniu m.in. mnie, co było dla mnie wielkim ciosem. Przez tydzień nie dała się dotknąć, gryząc mnie po rękach, i dając do zrozumienia że mnie nie znosi. Przez miesiąc, siedząc na środku kuchni, darła się w niebogłosy, dając wyraz swojemu niezadowoleniu z przebywania w moim domu. Przez trzy miesiące walczyła z obrożą, która była jednym z większych wrogów, do których grona zaliczały się także: legowisko, miski, smycz, samochód, itd. Niszczyła wszystko, co tylko znalazło się na jej drodze, mimo ogromnej ilości zabawek, które były do jej dyspozycji. Z niebywałą pasją oddawała się również spożywaniu posiłków. Pojawienie się kogokolwiek w pobliżu jej miski podczas jedzenia, powodowało wzrost tempa o 300%. Generalnie zewsząd czyhało niebezpieczeństwo i każdy był śmiertelnym wrogiem.
Ponieważ nie był to pierwszy mój szczeniak, jej zachowanie wzbudziło mój niepokój, bo według mnie nie do końca było normalne. Zaczęły się więc wielogodzinne konferencje telefoniczne z hodowczynią, szczerze mówiąc też zaskoczoną zachowaniem szczeniaka. Przeżyłam wtedy prawdziwe chwile zwątpienia - czy dobrze wybrałam i czy wybór niezbyt popularnej jeszcze w Polsce rasy okaże się słuszny?


Kiedy miała ok. sześciu miesięcy i dotychczas opisane zachowania nie były już tak uciążliwe, zaczęła intensywne spacery. Wyraźnie dawała mi do zrozumienia, że jest wyjątkowo samodzielna, a ja nie jestem jej do niczego potrzebna. Oddalała się na znaczne odległości, coraz bardziej lekceważąc moją osobę, co wzbudzało we mnie wielki niepokój. Pies, który miał spełnić moje marzenia i startować w najbardziej prestiżowych zawodach w Polsce, miał mnie dokładnie gdzieś!


Wychowanie jej nie było łatwe, mimo że był z niej naprawdę świetny pies. Była radosna, pogodna, z temperamentem prawie nie do opanowania. Miała bardzo trudny charakter, nie chciała współpracować, bardzo często demonstrując swoją niezależność i prowokując sytuacje konfliktowe. Niejednokrotnie, "próbowała się ze mną" w potyczkach o władzę. Jak stawiałam jej nowe wymagania, lub starałam się ją czegokolwiek nowego nauczyć często stawiała opory, które krótko można zdefiniować tak: nie chcę, nie potrafię, nie umiem, nie lubię, boję się, nie każ mi, ała, nie dotykaj!!! Zmuszanie wtedy absolutnie nie miało sensu, ponieważ w jego konsekwencji stawała się zgaszona, stłumiona i izolowała się od wszelkich kontaktów ze mną. W żaden sposób nie umiałam wtedy zachęcić jej do zabawy. Czekały mnie naprawdę trudne i żmudne miesiące. Ponieważ nie miałam wokół siebie żadnych autorytetów szkoleniowych, na pytania mnożące się w mojej głowie, nie miał kto odpowiadać. Musiałam sama znaleźć sobie skuteczne sposoby pracy z własnym psem. Metodą prób i błędów, bazując tylko na wielkim sercu do pracy z psami, wyczuciu i wnikliwych, cierpliwych obserwacjach wypracowywałam sobie powoli wspólny język z moją Dzidzią. Poświęcałam jej każdą wolną chwilę i wkładałam w pracę z nią całe swoje serce. Z czasem moje wysiłki zaczęły przynosić efekty, Dzidzia nareszcie mnie polubiła, coraz chętniej i radośniej reagowała na moje zaczepki i zaproszenia do zabaw. Podstawą jakiejkolwiek pracy była zabawa z piłeczką (lub inną aktualnie cieszącą się powodzeniem u Dzidzi zabawką:-), dzięki której, wykorzystując wrodzoną pasję do polowań i chwytania zdobyczy, egzekwowałam wykonywanie poleceń. (Metodę tę zupełnie nieświadomie wypracowałam sobie szkoląc Bsę, nie mając pojęcia, że w Niemczech już dawno szkoli się psy poprzez zabawę) Współpraca przede wszystkim miała dawać radość nam obu, ale jawną ignorancję karałam i nie pozwalałam wchodzić sobie na głowę. Dzidzia zbyt szybko, nie tylko podczas zabawy, potrafiła zapomnieć o podporządkowaniu i o tym co jej wolno, a co nie, i sprowadzanie jej wtedy "na ziemię" nie należało do najprzyjemniejszych moich zadań. Jak się z czasem okazało przyniosło to efekty, jakich się nie spodziewałam. Mój mały, wiecznie niezadowolony "buntownik" przekonał się, że jeśli chce się bawić i miło spędzić czas, to musi to robić na moich zasadach - bo inaczej nic z tego.

 

ROZPOCZĘŁA SIĘ WSPÓŁPRACA...
Pierwszym powodem do dumy było zdanie eksternistycznie egzaminu PT I- w marcu 98r., kiedy miała zaledwie 9 m-cy, na ocenę doskonałą - z ilością 196pkt. Była wtedy jeszcze zupełnie zwariowanym szczeniakiem, ale podstawy posłuszeństwa miała opanowane na wysokim poziomie. Mniej więcej wtedy, zaczęłyśmy się właśnie naprawę poznawać i wspólnie docierać.
Wrzesień 98 r. XVIII Mistrzostwa Polski Psów Towarzyszących w Chojnicach. Startuje około 80 psów, jest na 6 lokacie, ostro posędziowana - 192pkt. Mimo że zaledwie 15 miesięczna, najlepsza we Wrocławskiej ekipie, w której było kilka doświadczonych duetów, i to mnie bardzo ucieszyło.
Również we wrześniu pierwsze jej zawody Agility we Wrocławiu. Obie bawiłyśmy się świetnie, z tym że ona lepiej, ponieważ nie miała czasu zwrócić na mnie uwagi. Po pierwszym przebiegu zdyskwalifikowana za pomylenie kolejności przeszkód. Drugi przebieg super, ale w końcowej klasyfikacji niestety dopiero 10. Ponieważ była to już 3 edycja zawodów do Pucharu Polski Agility 1998r. (w tej dyscyplinie wolno było startować dopiero gdy psiaczek skończył 15 miesięcy, w dotychczasowych dwóch edycjach nie brałyśmy udziału) i tak nie miałybyśmy szans na porządną lokatę w ogólnej klasyfikacji, więc mnie to nie zmartwiło.
Listopad 98r. Finał Pucharu Polski Agility w Poznaniu. Znowu super zabawa. Po obu przebiegach jesteśmy 4, to już coś! Tym bardziej, że przyjechali goście z Łotwy i Czech u których tradycje w tym sporcie są zdecydowanie starsze i trochę pomieszali szyki. W ogólnej klasyfikacji PPA 1998 drużynowo, mimo startu tylko w dwóch zawodach na cztery jesteśmy 3. Nie jest źle.
Zawody w Poznaniu były dwudniowe. W drugim dniu Agility Polish Open.
Po pierwszym przebiegu jesteśmy 1, po drugim 3, w rezultacie nareszcie stajemy na podium. Wprawdzie na 3 miejscu, ale jako jedyni reprezentanci Polski. Przegrałyśmy z gośćmi z Łotwy i Czech, przegrana nie była też tak miażdżąca, ponieważ różnica pomiędzy 1 a 3 miejscem wynosiła dokładnie: 1,16 sekundy (na ogólny czas obu przebiegów ok. 1,30 min). Jakaż ja byłam naprawdę szczęśliwa z II-V MISTRZA POLSKI AGILITY 98'. W klasyfikacji drużynowej jesteśmy Mistrzem Polski Agility 98'. Uznałam, że jak na 3 start w życiu, to moja Dzidzia naprawdę dała z siebie wszystko, sprawiając olbrzymią satysfakcję z dotychczas poczynionych postępów i motywując mnie do dalszej pracy w dążeniu do doskonałości.


Przez zimę doskonalimy się, a jakże! Codziennie z kieszeniami pełnymi smakołyków i ulubionymi zabawkami, wyruszam wraz z psem na długie spacery, w trakcie których nie brak jest dużej dawki posłuszeństwa (w formie zabawowo - rozrywkowej - z małymi wyjątkami). Kilka razy w tygodniu przebieżki przy rowerze dla kondycji i rozładowania nadmiaru energii, który tę rasę wyróżnia. Agility, Flyball w weekendy na terenie ZKWP oddz. Wrocławskiego. Nie zawsze jednak jest kolorowo, "charakterek" Dzidzi czasami bierze górę nad zapałem do zabawy i wtedy mamy tak zwane trudne chwile, o których się oczywiście najmniej pamięta. Najczęściej jednak trudno mi skupić jej uwagę na wspólnych ćwiczeniach. Zawsze jest coś ważniejszego: ptaszki latają, pieski biegają i ludzi tyle wkoło. Sposoby na to mam różne - zaczynając od przekupstwa, na sztukach iście magicznych kończąc (trudno opisać tę całą batalię, jaką dane mi było stoczyć w obronie własnego autorytetu, ale uwierzcie mi nie było to łatwe).
W rezultacie sobie tylko znanymi fortelami tak "zakręciłam" psa, że poza mną i czasem ze mną spędzanym, świata nie widziała - co było zbawienne dla dalszej współpracy.

 

SEZON 1999
Marzec-Katowice Mistrzostwa Polski Flyball. Na punkcie latającej piłki Dzidzia oszalała już dawno. Organizatorzy podstawili maszyny o zgoła odmiennej konstrukcji, niż te na jakich ćwiczyłyśmy dotychczas. Krótki trening w korytarzu pozwolił tylko na pobieżne się z nimi zapoznanie. Zawody były dwudniowe. W pierwszym dniu w turnieju drużynowym jako jedyna nasza drużyna składała się tylko 3 psów na 4 możliwe. Ponieważ regulamin dopuszczał dwukrotne przebiegi jednego psa, moja Dzidzia podjęła się tego zadania. Z niegasnącym entuzjazmem biegała więc po piłeczkę, w tę i z powrotem, doskonaląc tym samym technikę pracy na nowo poznanych maszynach i pomagając naszej drużynie w zdobyciu tytułu I Vice Mistrza Flyball 99'.
W drugim dniu, w turnieju indywidualnym, przeszła samą siebie. Widać było, że doświadczenia dnia poprzedniego zaprocentowały niebywałą techniką i precyzją pracy. Wraz z jej nieopisanym entuzjazmem dały w efekcie niebywałe rezultaty i 1 lokatę z tytułem: INDYWIDUALNEGO MISTRZA POLSKI FLYBALL 99'. Za sobą zostawiłyśmy, z dość dużą różnicą czasu (jak na odcinek poniżej 8 sekund, ponad 1 sekunda różnicy to bardzo wiele) m.in. psy rasy Border collie, słynące z niebywałego temperamentu i wspaniałej współpracy z przewodnikiem. Zaczęłyśmy sezon 99' pierwszym tytułem mistrzowskim w naszej karierze !!! (Nawet o tym nie marzyłam).


Czerwiec- Częstochowa. I edycja Pucharu Polski Agility (PPA). Wylosowałam pierwszy numer startowy, wbrew przysłowiu, że pierwsi będą ostatnimi wygrałyśmy zawody dość pewnie - indywidualnie jak i drużynowo, z nadzieją, że to dopiero początek sezonu Agility i że mamy szansę na olbrzymi sukces. Zaczyna się liczenie punktów do klasyfikacji ogólnej PPA 99' -, skrupulatnie notuję 5 dla mnie i Dzidzi i 5 dla mojej drużyny.
Lipiec- Jelenia Góra. Ring Posłuszeństwa na Wystawie Psów Rasowych, na której jesteśmy przy okazji pokazów wyszkolenia, wraz z Grupą Pokazową z mojego oddziału. Mam tylko dwóch przeciwników i wygrywam, dostając 197pkt.


Sierpień-Sopot .XIX Mistrzostwa Polski Psów Towarzyszących odbyły się w strugach ulewnego deszczu, było zimno i ponuro, ale nie dla nas. Dla Dzidzi deszcz nie był przeszkodą w dobrej zabawie w popisowe posłuszeństwo. Oprócz dwóch potknięć wykonała wszystko wręcz perfekcyjnie, zasługując po raz drugi na 197pkt. Jednak dla mnie najważniejsze i wzruszające było to, że podczas wykonywania przez nas ćwiczeń, mimo wspomnianej ulewy, większość zawodników i kibiców porzuciła swoje namioty, obległa wokół ring i obdarzała nas gromkimi owacjami wyrażając tym swoje uznanie dla poziomu naszej współpracy. Zdobyłyśmy upragniony tytuł, najważniejszy jaki chciałam mieć: MISTRZA POLSKI PSÓW TOWARZYSZĄCYCH 99' indywidualnie jak i drużynowo.
Wrzesień-Warszawa. Mistrzostwa Mazowsza Psów Towarzyszących odbyły się na bardzo wysokim poziomie, w miłej sportowej atmosferze rywalizacji. Po raz trzeci dostałyśmy "prześladujące" nas 197pkt.- nie jako jedyne. Ponieważ jeden z duetów gospodarzy zawodów również uzyskał taką ilość pkt. egzeqwo zdobyłyśmy 1 lokatę, a przez uprzejmość gospodarzy zachowałyśmy tytuł: MISTRZA MAZOWSZA PSÓW TOWARZYSZĄCYCH 99'.


Wrzesień- Wrocław. II edycja PPA. Zawody u siebie. Trzeba było się wykazać przed swoją publicznością, jak na złość nam nie wyszło. Jedna zrzucona tyczka powoduje, że mimo świetnych czasów, lądujemy dopiero na 4 lokacie. Ponieważ w PPA punktowane jest pierwszych 5 miejsc, doliczamy sobie 2pkt. Drużynowo mimo niepełnego składu 3 lokata i też 3pkt.


Październik-Kraków III edycja PPA. Po długiej 3 godzinnej trasie skorzystałyśmy z okazji, że zawody znacznie się opóźniły i poćwiczyłyśmy na torze, odreagowując męczącą podróż. Niestety nie złożyliśmy mojej drużyny i startujemy tym razem tylko indywidualnie. Zajmujemy 3 lokatę przegrywając nieznacznie czasem, zdobywamy dalsze 3pkt.
Listopad-Poznań IV edycja PPA - Finał. Jako jedyne w całym sezonie zawody odbywają się w hali. Ponieważ utworzyła się ścisła czołówka, z prawie taką samą ilością punktów, od tego startu zależą końcowe lokaty. Pierwszy przebieg wygrałyśmy, drugi przebieg wygrałyśmy, całe zawody wygrałyśmy indywidualnie i drużynowo. Doliczamy do całości 5pkt. i z wynikiem 15pkt. zabieramy INYWIDUALNY PUCHAR POLSKI AGILITY 99' do domu. Drużynowo w ogólnej klasyfikacji jesteśmy 3.


W drugi dzień Agility Polish Open niestety poszło nam wyjątkowo źle. 10pkt. karnych zadecydowało o dopiero 7 lokacie, mówi się trudno. Zwierzę jak i człowiek nie maszyny, też mają złe dni. Za to drużynowo obroniłyśmy tytuł Drużynowego Mistrza Polski Agility 99'.

 

KONIEC SEZONU 1999 roku,

który okazał się dla mnie bardzo szczodry. Startowałyśmy w trzech dziedzinach "psich sportów" i we wszystkich sięgnęłyśmy po najwyższe tytuły, które wbrew pozorom nie są dla mnie aż takie istotne. Największym moim sukcesem jest to, że osiągnęłam z Dzidzią porozumienie, jakie mało komu udaje się nawiązać ze swoim psem. Po wielu trudach udało mi się przekonać ją do entuzjastycznej pracy. Każdy trening, spacer, każde zawody dawały satysfakcję nie tylko mi, ale także Dzidzi. Miała zawsze frajdę z tego co robi, ponieważ naprawdę to polubiła.
Kiedy przypomnę sobie, że zwrócenie na siebie jej uwagi graniczyło z cudem - co wyprawiałam tylko po to, żeby Dzidzia zainteresowała się mną, z jakim trudem mi to wychodziło i porównuję do tego: obecnie jedno moje spojrzenie wystarczy, żeby odpoczywająca natychmiast zerwała się z legowiska, gotowa na wszystko, co tylko mam jej do zaproponowania - sama nie mogę uwierzyć w to, czego dokonałyśmy. Ale mogę zdradzić Wam jaka jest moja jedyna droga do sukcesu w pracy z psem: trzeba mieć wyczucie i wielkie serce dla tych zwierząt, bezgranicznie się temu poświęcić, trzeba to naprawdę kochać i czerpać z tego radość, absolutnie nie traktując tego ambicjonalnie. Niekonieczne jest wieloletnie doświadczenie i encyklopedyczna wiedza, jeśli poznawszy wcześniej podstawowe zasady pracy z psem, podchodzi się do tego z pasją. Wszystkiego można się nauczyć, by prędzej czy później odnieść pożądany efekt. Z o tyle większą satysfakcją, że prawie do wszystkiego doszliśmy sami. Przy okazji, z takiej współpracy można samemu bardzo wiele wynieść. Mnie osobiście praca z moimi psami nauczyła wielkiej pokory, opanowania i cierpliwości, za co moim psiaczkom szczerze dziękuję.

W 2003 roku, Dzidzia oficjalnie zakończyła sportową karierę, zamykając ją imponującym dorobkiem tytułów i osiągnięć sportowych...

Pomiędzy startami w zawodach znalazłyśmy jeszcze czas na pokazywanie się na wystawach, na których uzyskała tytuły: Młodzieżowego Championa Polski, Championa Polski, Zwycięzcy Klubu Łódź 99', godząc doskonały eksterier ze wspaniałą użytkowością. Po wielu odniesionych sukcesach chcę również zająć się hodowlą jej przydomek to: "z Wiedźmińskiej Stajni". Może ktoś kupując szczenię "Belga", potencjalny materiał na wspaniałego przyjaciela i psa sportowego, szczerze tak jak ja, pokocha pracę z psem i osiągnie wiele sukcesów...tak jak my z Dzidzią...

Dzidzia towarzyszyła mi zawsze bez względu na okoliczności, jeśli gdzieś nie chcieli widzieć mojego psa to i mnie tam nie zobaczyli.

Magdzie Pawłowicz, która sprzedała mi szczenię ze słowami cyt. "jeśli ktokolwiek jest w stanie "wycisnąć" z "Belga" wszystko co jest możliwe, to tylko Ty " pragnę podziękować za wiarę we mnie, bo bardzo długo nie wierzyłam w te słowa.

Joannie Maciejewskiej, dziękuję za to, że wyraziła kiedyś uznanie dla mojej pasji i słowami cyt. "kiedyś będziesz wygrywać bo naprawdę kochasz to co robisz" doceniła moje zaangażowanie.

Nie wiem czy wszystkie te sukcesy zawdzięczam wyjątkowym predyspozycjom tej rasy, czy wybitnym zdolnościom Dzidzi, czy też swojemu samorodnemu talentowi. A może wszystkiemu po trosze??? :-)))

Wszystkie moje dotychczasowe sukcesy pragnę zadedykować dwóm bliskim mi osobom:
mojej Mamie, dzięki której odnalazłam swoją życiową pasję, jaką jest sportowa praca z psami i mojemu Mężowi, który cierpliwie dzieli się mną, z moją Dzidzią i resztą stada

Copyright Kasia Darowska - Bank'y 2011 Inne zwierzęta:) - Autor - Biblioteczka - Domowy hotelik u Kasi Darowskiej - Galerie zdjęć